Czy pajda ze smalcem może być hygge?

O hygge napisał już chyba każdy. Zachwytom nie było końca. Polska oszalała na punkcie duńskiego sposobu na szczęście. Tylko czy oby na pewno wyszło nam to na dobre?

Mam w sobie coś z naukowca. Jak pojawia się jakieś zjawisko, koniecznie muszę je sprawdzić, przetestować, wyrobić sobie o nim opinię. Tak było i tym razem. Gdy polskie księgarnie zalała fala hygge, niesiona zachętą lepszego życia, postanowiłam sobie tę książkę zakupić. Jakież było moje zdziwienie, gdy się okazało, że zwykła książka za 34,99 zł nie wystarczy, aby poczuć się wspaniale. Musiałabym jeszcze dokupić grube wełniane skarpety (24,99 zł – można z góralką targować), gruby sweter (151 zł), kominek (2999 zł), organiczne świeczki (33,90 zł – bez sztucznych barwników i wzmacniaczy smaku), czerwone wino (29,90 z Biedronki, tylko nie wiem czy Biedronka jest hygge, więc może lepiej nie ryzykować) i chatkę w górach (265000 zł – właściciel zapewnia, że jest hygge). Razem 268238,79 zł. Oczywiście podejrzewam, że można różne rzeczy kupić taniej, a chatkę wynająć, ale nie jestem pewna czy hygge nie zwęszy podstępu i się nie ujawni. Mam niejasne podejrzenia, że gdybym miała te rzeczy lub tę kwotę to nie musiałabym kupować żadnej książki, żeby poczuć się lepiej.

Skąd mi przyszło do głowy, że te rzeczy są niezbędne do hygge? Z tego fragmentu:

„Zmęczeni długą wędrówką, na wpół śpiący, w grubych swetrach i wełnianych skarpetach usiedliśmy wokół paleniska. Słychać było jedynie bulgotanie gotującego się gulaszu i trzaski ognia, od czasu do czasu ktoś wypił łyk grzanego wina. Nagle odezwał się jeden z moich przyjaciół:

– Czy może być coś bardziej hygge? – spytał retorycznie.

– Może – powiedziała po chwili jedna z dziewczyn – Gdyby na dworze rozszalała się burza śnieżna.

Wszyscy przytaknęliśmy.” (Hygge – Meik Wiking str. 7)

Nie wiem jak Wy, ale dla mnie burza śnieżna nie jest dopełnieniem szczęścia, ale ja jestem z Polski i się nie znam.

I wtedy naszła mnie refleksja. A właściwie całe morze refleksji. Czy szczęścia można się nauczyć? Czy moje sprane skarpety w Mikołaje, które dostałam pod choinkę kilka lat temu, mogą choć trochę przybliżyć mnie do szczęścia? Czy szczęście da się kupić? Czy wyjazd do babci na wieś to hygge czy obciach? I co zrobić w lecie, gdy skarpety i sweter to lekka przesada, mam wtedy zawiesić szczęście?

Jeśli ktoś jest nieszczęśliwy, to żeby nawet wyjechał na Kubę to i tak mu to nie pomoże. To głębsza i znacznie poważniejsza sprawa. Mam wrażenie, że ludzie mają ogromny problem z tym, żeby się przyznać do swoich uczuć. Nie chcą się zastanowić jak realnie sobie pomóc. Co mogą zrobić, żeby swoją sytuację zmienić. Zdecydowanie bardziej wolą biec do księgarni i kupić sobie poradnik, który sprawi, że w trzydzieści dni schudną, odniosą sukces i uporządkują swoje życie. Wszystko po to, żeby później bezrefleksyjnie kopiować czyjeś porady i gotując łososia z ekologicznych łowisk na parze myśleć, że wygrali życie, jakby pajda ze smalcem nie mogła wywołać tych samych uczuć.

Żyjemy w świecie, gdzie dość jasno zostały nakreślone kryteria szczęścia. Szczupła sylwetka, bezglutenowe jedzenie, wyprawy w egzotyczne miejsca, kominek i dobrej jakości smart phone to tylko niektóre z nich. Człowiek, który musi na co dzień borykać się z i tak dość nieciekawym życiem, dokładając sobie kolejne must have, czuje się jeszcze gorzej.

I żeby było jasne. Wiem, że czasami ktoś musi dostać kopniaka, żeby zmienić swoje życie. Może to być za sprawą książki, filmu, piosenki. Nie mam nic do książki Hygge. Wydaje mi się, że ta książka może być pewnym symbolem. Bo przecież nie chodzi o to, żeby kopiować inne narodowości. Chodzi o to, że każdy z nas powinien rozejrzeć się dookoła i ze swojej przestrzeni wydobyć to, co najcenniejsze. Że liczą się relacje. Że należy celebrować codzienność.

I jeśli takie wnioski wypłyną z czytania tej książki to super. Ale jeśli ta książka ma nas bezrefleksyjnie rzucić w wir zakupów gadżetów szczęścia, to nie ma sensu po nią sięgać. Lepiej te 34,99 zł wydać na kino lub pizzę. Uwierzcie mi na słowo – może to przynieść więcej szczęścia niż organiczna świeczka.

Kocham makarony, Wiedźmina i seriale Netflix’a. Nie znoszę horrorów, czekolady i ludzi bez poczucia humoru. Jak na prawdziwą kikimorę przystało nieźle namieszam Ci w życiu.

6 komentarzy

  1. Coraz więcej tych poradników Jak żyć, Jak być happy, Jak poradzić sobie z tym i owym… Hmmmm kogo słuchać? Jak rozmawiać z dzieckiem opornym itd…. Może lepiej usiąść i samemu wyciągnąć wnioski z tego z tego co robimy zle i jak to zmienić. Nikt za nas nie rozwiąże naszych problemów takie życie

    1. Wiesz co, to trochę jak z GPSem. Ludzie stracili dla niego głowę, wyłączając racjonalne myślenie, w rezultacie ślepo za nim podążając wjeżdżali w krzaki. Poradniki są ok, ale jeśli potrafi się z nich korzystać z głową.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *