Uliczne żarcie

Food trucki. Każdy z nich jadł, nawet jeśli o tym nie wie. Hipster z wyczesanym wąsem i babcia Halinka. Bo food truck to nic innego jak znana nam od lat budka np. z zapiekankami lub frytkami tylko z bardziej szlachetną nazwą. Bo jak coś brzmi amerykańsko, to musi to być dobre. Jeśli masz wybór pomiędzy „Kluskami Wuja Stacha” a „Food truck – kolendrowe smaki Gruzji”, to wiadomo, że wybierzesz to drugie. Jeszcze jak zaczniesz myśleć o tych kluskach wuja i jego stylowym wąsie, co to te kluchy muska, mówisz stanowcze nie. A później stoisz w kilometrowej kolejce po frytki za 12 zł, które są ponoć tak dobre, że nawet Makłowicz o nich słyszał i powiedział, że dobre.

I oczywiście nie ma w tym nic złego. Niech każdy kupuje to, na co ma ochotę i na co go stać. Ale nie dorabiajmy do tego sztucznej ideologii i nie podnośmy tego do rangi wykwintnej kuchni. Za chwilę okażę się, że piankowy ludzik zacznie przyznawać prestiżowe nagrody – Koła Michelin (co akurat pasowałoby do profesji, jaką reklamuje) dla najwybitniejszych food trucków na świecie. Przecież uliczne jedzenie jest popularne na całym świecie i nikt nie robi z tego wielkiego halo. Na przykład w Stanach budki na kółkach porozstawiane są na każdym rogu. Człowiek, wychodząc z pracy łapie w przelocie takiego hot doga i nie rozważa, czy ta musztarda to dijon czy sarepska, czy parówka jest z indyka, czy cielęca i do diaska  – czy sekretem wybitnego smaku jest tu pieprz cayenne, czy syczuański?

Tak samo u nas. Dobrze, że powstają miejsca z fajnym jedzeniem dostępne na każdym kroku. Że każdy idąc na spacer, może sobie kupić coś na wynos i pałaszować na trawce. Bo chyba o to w tym chodzi. Ale gdy gazety zaczynają o tym pisać, a właścicielom zaczyna uderzać woda sodowa do głowy i sprzedają kawałek bułki z mięsem za 22 zł to już przesada. Nawet gdy jest ona najpyszniejsza pod słońcem. Za tyle to ja zjem trzydaniowy lunch w knajpie włoskiej, gdzie klima będzie mi chłodziła czoło i niestraszne mi będą żądła os, komarów, much i innych latających stworzeń. W tę cenę wliczony jest posiłek, obsługa, wynajem lokalu i rachunki. A jakość jest bardzo dobra. Więc niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego ta buła z mięsem jest taka droga? Przecież nie przygotowuje jej sam Gordon Ramsay. Uliczne jedzenie powinno być ulicznym jedzeniem. Tanie, smaczne i na wynos.

Gdzie te czasy, kiedy można było zjeść pyszną zapiekankę za 3,50? Nikt nie miał wobec niej żadnych oczekiwań. Bułka, grzybki i ser to wszystko, co miała do zaoferowania swoim klientom i to spokojnie wystarczyło. Teraz zwykła zapiekanka to wstyd. Jak ją kupisz, to musisz jeść w krzakach, żeby nikt Cię nie zobaczył. Co innego chinkali, z takim talerzem można dumnie paradować przez miasto. Żal.

Kocham makarony, Wiedźmina i seriale Netflix’a. Nie znoszę horrorów, czekolady i ludzi bez poczucia humoru. Jak na prawdziwą kikimorę przystało nieźle namieszam Ci w życiu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *