Za Jezusa się nie napijesz?

Gdy tylko zgaśnie ostatni znicz na cmentarzu, rozświetlają się świąteczne witryny sklepów. Przez około pięćdziesiąt dni nie ma opcji, abyś nie natknął się na choinkę, świecidełka lub gościa w czerwonym wdzianku. A w każdym możliwym zakątku świata wszelkiej maści jingle bellsy gwałcą Twoje uszy.

Święta zupełnie straciły na znaczeniu. Gdyby się okazało, że je odwołali, a 24 grudnia obchodzone jest Międzynarodowe Święto Sosu Worcester, to i tak nikt by tego nie zauważył. Ludzie nadal zabijaliby się o ostatniego karpia, brali kredyty na prezenty i jechali przez pół Polski, aby uściskać się z wujkiem, który uwielbia łowić ryby i pić wódkę.

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że przeżywanie świąt różni się ze względu na wiek. Najbardziej zaangażowane w święta są osoby starsze, to one chcą iść na pasterkę, dotrzymują postu i nawet orientują się w tym, co te 2000 lat temu się wydarzyło. Kolejna grupa czterdzieści – sześćdziesiąt lat, to osoby, dla których najważniejsze jest to, jaką sałatkę zrobić, czy uda się wysprzątać mieszkanie, w co się ubrać na Wigilię, czy nie zabraknie ciasta, gdzie jest najtańszy karp, kiedy umyć auto i czy Stefan znów się nawali (w wersji dla mężczyzn, czy Halina pozwoli się nawalić).

Trzydziestolatkowie to zaś osoby, które generalnie mają gdzieś to, że Bóg się rodzi, a moc truchleje. Wyjeżdżają w tym czasie na egzotyczne wakacje albo zostają w domu i oglądają zaległe sezony seriali na Netflixie. Oczywiście doskonale potrafią się w tej rzeczywistości odnaleźć i biorą sobie ze świąt tylko to, co im pasuje. Ozdabiają dom światełkami z Zara Home, pieką pierniczki bo dobrze wyglądają na Insta, pakują prezenty w szary papier i puszczają kolędy w wykonaniu popularnych DJ-ów. Wszystko zamyka się w #fancy #christmasmood #xmas #gingerbread.

Te hashtagi obowiązują w sieci, w realu królują inne hasła.

Konsumpcjonizm. Niemal każda rodzina traci w trakcie świąt więcej, niż jest w stanie sobie na to pozwolić. Na pomoc przychodzą kredyty, chwilówki i inne podejrzane instytucje, które od listopada do grudnia przeżywają swój złoty czas i tylko czekają, aż komuś zabraknie na mandarynki (swoją drogą to jest dziwne, że wydatki świąteczne wciąż zaskakują ludzi jak zima drogowców). Z roku na rok ludzie kupują coraz więcej. Galerie w okresie przedświątecznym pękają w szwach, a kurierzy rozwożą zamówienia codziennie do 22.00! Najdziwniejsze zaś jest to, że bierze się ten kredyt na prezenty i imprezę dla rodziny, której się nawet nie lubi. To tak jakby wziąć kredyt na imieniny wrednej ciotki, tylko dlatego, że będzie okazja do picia. No coż, ludzie głupi byli, są i będą, ja za nich spłacać kredytów nie będę.

Porządki i przysłowiowe mycie okien dla Jezuska. W internecie możemy znaleźć gotowe listy przedświątecznych porządków, aby na pewno nic nam nie umknęło. Przy dobrej organizacji wysprzątamy cały dom w trzy dni i jeszcze wystarczy nam czasu na ciasta, uszka i sałatki. Tylko po co te porządki? Dla kogo? Zazwyczaj odwiedza nas rodzina, która doskonale wie, jak u nas jest. Przecież ciotka nie zrobi testu białej rękawiczki między śledzikiem a kutią. Powiem więcej, choć ta informacja jest tylko dla ludzi o mocnych nerwach – święta i tak się odbędą nawet, jeśli za Waszymi szafkami pająki zrobiły sobie melinę.

Jedzenie. Tony jedzenia. Nie do przejedzenia. Mnóstwo pracy i mnóstwo kosztów. W rezultacie połowa rzeczy trafia do kosza. Wszystko przez paraliżujący strach „a co jeśli w tym roku stryj zje 10 kg kiełbasy?”. Nie, nie zje. Mało tego, jeśli zechce wszystkiego skosztować po odrobince, żeby nie robić przykrości to i tak dostanie skrętu kiszek i nawet wódka z pieprzem go nie uratuje. Ilość karetek jeżdżących w święta mówi sama za siebie.

Jednak najgorsze jest to, że całe te przygotowania przestają mieć znaczenie, gdy wraz z pierwszą gwiazdką otwiera się pierwsza wóda. W wielu domach w okolicach pasterki mężczyźni śpią już z gębą w karpiu, a ich żony dziękują Bogu, że to już się skończyło, bo jeszcze godzinę temu skakali sobie do gardeł, kłócąc się, kto lepiej rządził PO czy PIS? Umyte okna, sześć różnych ciast pieczonych do drugiej w nocy, bieganie po sklepach w poszukiwaniu najlepszego prezentu przestaje się już liczyć. Trzeba posprzątać ze stołu i przygotować zastawę na kolejny dzień świąt, podczas którego wszystko się powtórzy, z tą tylko różnicą, że zamiast karpia na stół wjedzie domowa kiełbacha z czosnkiem, wódka zaś będzie stała oficjalnie na stole, a nie kitrana jak na studniówce, bo przecież w Wigilię nie wypada…

Kocham makarony, Wiedźmina i seriale Netflix’a. Nie znoszę horrorów, czekolady i ludzi bez poczucia humoru. Jak na prawdziwą kikimorę przystało nieźle namieszam Ci w życiu.

8 komentarzy

  1. dobrze powiedziane! masz bardzo plastyczne porównania! 🙂 kiedy tak myślę sobie o tych polskich świętach, to już z dwojga złego wolę te amerykańskie, z Kevinem, jingle-bellsami i mikołajem Coca-Coli 🙂

  2. Dla mnie święta to męczarnia. Kociokwik z zakupami, prezentami, przygotowania, później wigilia, z kijem w dupie, small-talkiem o niczym, taka sztywna, nietrafione prezenty (kolejne kapcie, piżama, i inne niepotrzebne rzeczy)…

  3. Niezbyt masz przyjemną wizję przygotowań do świąt i samych świątecznych dni… W takich chwilach ciesze się, że moje święta w niczym nie przypominają tych opisanych…

    1. Myślę, że to zależy od każdego z nas. Ważne żeby nie przenosić negatywnych wzorców. Cieszę się, że Twoje święta będą spokojne, czego oczywiście Ci życzę. Ja o swoje również zamierzam zadbać 🙂 a tekst powstał w wyniku obserwacji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *