Jak lekarz uczył mnie klękać w kościele

Na początku ubiegłego roku zdiagnozowano u mnie kilka chorób (spokojnie, będę żyć). W związku z tym prawie cały rok upłynął mi na przesiadywaniu w poczekalniach i wizytach u specjalistów. Co się naoglądałam, czego się nasłuchałam to moje, ale kilkoma rzeczami wręcz muszę się podzielić.

Płacę składki ZUS, ale gdy się dowiedziałam, że na rezonans magnetyczny w ramach NFZ muszę czekać rok, odpuściłam, poszłam prywatnie, chcę żywa do śmierci dożyć. Można by zatem pomyśleć, że skoro zapłaciłam 600 zł za badanie, to zostanę potraktowana nie tyle wyjątkowo, bo na to nie liczyłam, ile przynajmniej z szacunkiem. Nic bardziej mylnego.

Nieszczęśliwie trafiłam do miejsca, gdzie w głębokim poważaniu mają zarówno twoje pieniądze, jak i twój czas o zdrowiu nie wspomnę. Badanie miałam na 13.00, przyszłam na czczo. Okazało się, że jest opóźnienie (ponoć przez to, że jakaś starsza osoba długo wypełniała ankietę!). Od razu przypomniałam sobie mem – zdjęcie z przychodni z napisem „godzina, na którą pacjent jest zapisany do lekarza, oznacza początek oczekiwania na wizytę, a nie godzinę przyjęcia”. Wszystko jasne, morda w kubeł. Okazało się, że przede mną są jeszcze 3 osoby, więc przy dobrych wiatrach wejdę ok. 16.00. Nagle z gabinetu wychodzi jakaś roześmiana pani z wenflonem w żyle i patrząc na nas kpiąco, rzekła „jeszcze sobie trochę poczekacie – maszyna się zepsuła” i zniknęła w odmętach szpitalnych korytarzy.

Dezinformacja, chaos, krzyki i ja z coraz głośniej burczącym brzuchem. Nim się obejrzałam była 14.00. Pani w recepcji biegała od pacjentów do lekarzy, w sumie nie wiadomo po co, bo nie była w stanie przekazać ani jednej rzeczowej informacji. Gdy jakimś cudem maszyna znów zaczęła dyszeć i dmuchać, okazało się, że pani z wenflonem rozpłynęła się jak kamfora. Recepcjonistka dostała kolejną misję, chociaż jeszcze nie poradziła sobie z poprzednimi. Gdy główna zainteresowana się znalazła i wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, dowiedzieliśmy się, że ta pani przyszła z miednicą, a z miednicą to jest trudniej, więc może wszystko się opóźnić jeszcze bardziej (to po co brała tę miednicę, chciałoby się rzec). W każdym razie ta miednica przechyliła szalę mojego zniecierpliwienia i złości. Było już grubo po 15.00. Miednica dopiero zaczęła, trzy osoby przede mną. Wyszłam i nie wróciłam. Znalazłam inne miejsce, które przywróciło mi wiarę w opiekę medyczną.

To jednak nie koniec mojej historii. Otóż, zanim w ogóle na to badanie poszłam, byłam u lekarza. No to Was pewnie tą informacją zaskoczyłam. Wybór na tego właśnie lekarza padł z uwagi na dobre oceny na pewnym popularnym portalu. Pani od początku była miła, ale mało zaangażowana. Zleciła kilka badań, przepisała leki, miałam wrażenie, że to wszystko przebiegło zgodnie z dobrze wypracowaną od lat rutyną. Problem pojawił się w momencie, gdy wyniki badań wyszły kiepsko. Pani doktor musiała więc porzucić swoją rutynę i podejść do mojego przypadku indywidualnie, nie dało się nie zauważyć, że było to jej nie na rękę. Ale w tej historii nie to było najgorsze. Człowiek idzie do lekarza i liczy na to, że spotka się z profesjonalistą, a nie z czyścicielem dusz.

Zaczęło się niewinnie, bo od dziwnej reakcji na to, że biorę tabletki antykoncepcyjne. Gdy tylko okazało się, że mam bardzo podwyższony jeden hormon, od razu zaleciła odstawienie tabletek, sugerując, że po pół roku powinnam zrobić kontrolę i jeśli to nie te tabletki go podwyższają, to pewnie jest to guz! Następnie zaczęła mnie wypytywać czy chodzę do kościoła, oczywiście miało to swoje uzasadnienie medyczne. Otóż podczas brania leku mogą pojawić się zawroty głowy, takie jak przy wstawaniu z kolan w kościele (!?). Lekarza zmieniłam, od razu dostałam skierowanie na rezonans, tabletki zostały, a kwestie kościoła pozostały moją prywatną sprawą. W obu przypadkach wizyty odbyły się w gabinetach prywatnych.

Jeśli zaś chodzi o państwową pomoc, to sprawa nie wygląda lepiej. Kiedy miałam atak kamicy nerkowej w środku nocy, trafiłam na pogotowie. Oczywiście dostałam się tam własnym transportem, bo zamawianie karetki w dzisiejszych czasach jest dość ryzykowne, nigdy nie wiadomo, czy Twoja przypadłość będzie kwalifikowała się do pomocy, czy każą Ci zapłacić 500 zł i pojadą, a Ty zostaniesz z bólem nerki i portfela. Trafiając na pogotowie, nie wiedziałam, co mi jest, zresztą opuszczając je, też nie wiedziałam. Ewidentnie moja wizyta zakłóciła jakieś ważne plany dwóch pań, bo gdy tylko weszłam, usłyszałam westchnięcie i porozumiewawczy wzrok. Ja tylko pozwolę sobie dodać, tak zupełnie na marginesie, że mnie bardzo, ale to bardzo bolało, tak bardzo, że byłam przekonana, że za chwilę umrę. Tego przekonania nie miały te panie. Wręcz przeciwnie.

Chyba stwierdziły, że jestem jakąś rozhisteryzowaną małolatą i ani się nie obejrzałam, a już w moim pośladku wylądowała igła z sączącą się do mojej krwi hydroksyzyną, która zrobiła mi tak dobrze, ale to tak dobrze, że sama zaczęłam wierzyć, że jednak nie umrę. Po tym, jak lek został podany, pani udała się do drugiego pokoju, żeby skończyć jeść jabłko i pogadać o najlepszych odmianach tego rajskiego owocu. Po chwili przyszła i wbiła igłę w drugi pośladek (to, że się pije na drugą nogę wiedziałam, ale że podaje się też w ten sposób leki, to było dla mnie spore zaskoczenie). Tym razem była to podwójna dawka ketonalu. Gdy ból lekko ustąpił, dostałam do łapy skierowanie na USG, na następny dzień. Zapytano grzecznościowo, czy jeszcze mogą w czymś pomóc i wypchano mnie za drzwi.

Rano zjawiłam się na badanie, ale pani pielęgniarka powiedziała, że mogą mi je zrobić dopiero po wszystkich pacjentach ze szpitala, którzy tego będą dzisiaj potrzebować. Znam swoje szczęście i wiem, że pewnie przyszłoby pół szpitala, zwłaszcza że już teraz na ławce czekało z 20 osób. Być może to jedyna atrakcja na oddziale, więc każdy postanowił skorzystać. Nie wiem. Wyszłam, udało mi się pójść prywatnie. Dopiero wtedy dowiedziałam się, że rodzę…kamień. Przepisano mi leki przeciwbólowe, bo jakoś panie od jabłek o tym zapomniały. Dostałam zalecenia, aby skakać z wysokości, pić piwo w wannie i ogrzewać brzuch. Dziwne połączenie, ale ból był tak silny, że postanowiłam zaryzykować, zwłaszcza z tym piwem. Jakoś poszło, ale nie polecam nikomu.

I biorąc pod uwagę moje doświadczenia i fakt, że w szpitalu, w miejscowości gdzie kiedyś mieszkałam, jakiś człowiek umarł podczas rehabilitacji, nachodzi mnie pewna refleksja – do lekarza powinny się zgłaszać wyłącznie zdrowe osoby, chorzy niech zostaną w domu.

Kocham makarony, Wiedźmina i seriale Netflix’a. Nie znoszę horrorów, czekolady i ludzi bez poczucia humoru. Jak na prawdziwą kikimorę przystało nieźle namieszam Ci w życiu.

3 komentarze

  1. standard, polska służba zdrowia to mistrzostwo świata. i przykre w tym wszystkim jest to, że nawet idąc do „specjalisty” prywatnie i słono za to buląc, narażamy się na niezłą szopkę…

  2. Spotkałam się już z różnymi sytuacjami czy to w szpitalu w mojej miejscowości czy przychodni gdzie 90letniego dziadka, któremu przysługiwało prawo wejścia do lekarza bez kolejki inni pacjenci chcieli zlinczować…
    Ale obawiam się, że najgorsze przede mną, znowu wybieram się do szpitala na badania. Czy ktoś potraktuje to poważnie? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *