Restauracyjna mafia

Jak na porządnego studenta przystało, imałam się wielu prac, będąc na studiach. Jedną z nich była praca w restauracji, a że zmysł obserwatora towarzyszył mi od zawsze, zebrałam dla Was kilka typów klientów, którzy odwiedzali mój lokal. 

KORPOTYP – człowiek zagadka, nigdy nie dowiesz się, o co mu chodzi. Wbiega do restauracji i rozpoczyna proces wypakowywania rzeczy ze swojej skórzanej torby. Laptop, dwa telefony, notes, dokumenty, gazeta. Od razu bierze telefon i dzwoni. Gdy przynoszę menu, wskazuje na stolik, by tam je zostawić. Mija 20 min., ciągle gada, ale podchodzę zapytać, czy już się na coś zdecydował. Zaczyna wykonywać jakieś dziwne ruchy, a ja nie wiem, czy pyta o toaletę, czy chce jajko sadzone. Jakimś cudem udaje nam się „dogadać”. Przynoszę mu danie, on nadal gada. Po 30 min. woła mnie i prosi o podgrzanie jedzenia (przynajmniej tak wyczytuję z ruchu ust, bo wciąż rozmawia przez telefon). Biorę danie, kucharz podgrzewa, przynoszę. Nadal bez zainteresowania. Coś tam klika na komputerze, zapisuje, wciąż rozmawiając. Kończy się zawsze tak samo. Bierze dwa kęsy zimnego jedzenia, rzuca na stolik znacznie więcej, niż powinien, nie prosząc nawet o rachunek i znika w odmętach miasta z telefonem przyklejonym do ucha.

PSEUDOKORPOTYP – tu sprawa ma się podobnie, ale z drobnymi różnicami. Przychodzi taki człowiek do restauracji, również wypakowuje laptopa, notes, telefon, żeby wyglądać profesjonalnie. Z tą różnicą, że telefon milczy. Spokojnie zamawia kawę, później sok świeżo wyciskany, później makaron i tak mija ok. czterech godzin. Przez cały czas coś stuka w komputerze, ale ilekroć podchodzę, widzę włączony Facebook. W końcu ktoś dzwoni i słyszę: tak jestem w knajpie od rana, pracuję, no wiesz, taki zawód, że mogę sobie na to pozwolić. Upija łyk soku i dalej do fejsa. Nie wykluczone, że social media to jego praca, ale to nie był odosobniony przypadek.

GLOBTROTER SMAKU – z nim jest problem od samego początku. Wchodzi i na starcie pyta, czy to bardziej ristorante, pizzeria czy bistro. Nie czekając na odpowiedź, wyjaśnia, co te zwroty oznaczają, po to by na końcu samemu zdecydować, jaki to typ lokalu. Dostaje menu i zaczyna się jego podróż palcem po mapie smaku i po spragnionych dobrego jadła kubkach smakowych. Wtem mnie woła i pyta, czy to aby na pewno włoski lokal, bo ta potrawa jest typowa dla kuchni izraelskiej i dziwi się, że znalazła się w menu. Coś tam staram się wytłumaczyć, ale łatwo nie jest, bo nie mogę dojść do głosu. Jakiś klient chrząka i prosi, abym podeszła, ale nie mogę tego zrobić, bo właśnie pan podróżnik zgrabnie przeszedł do tematu poziomu obsługi we francuskich bistrach. W końcu decyduje się coś zamówić i prosi o zostawienie mu karty, bo chce ją dogłębnie poznać. Spoko, sobie myślę, jest tam dziesięć potraw na krzyż, ale chłoń tę wiedzę chłopie, chłoń. Jak łatwo się domyślić, po podaniu dania, rozpoczyna się kolejna porcja pytań, o wszystko! Co to za przyprawa, w czym ten banan był flambirowany, jaka to wołowina (Limousine, Brahman, czy może Hereford). Oczywiście po takim kliencie czułam się oświecona i już nigdy nie patrzyłam na wołowinę tak samo.

MATULA – To jest koszmar dla każdej restauracji i dla każdego kelnera. Oczywiście nie wszystkie matki i nie wszystkie dzieci, ale z moich obserwacji wynika, że większość. Przychodzą do restauracji, matka prosi o fotelik dla dziecka – spoko, tylko nie wiem, po co, skoro i tak później trzyma to dziecko na kolanach albo pozwala mu łazić po sali. W każdym razie zasiadają, podchodzę, pytam, co podać i rozpoczyna się żenujący spektakl nio cio zje moje śliczne mysi pyci, nio cio, kotlecika zjeś, zjeś kotlecika, a mozie rosołek, co rosołek zjeś, pewnie chcieś frytećki, ja wiem, chcesz frytećki?. Stoję, słucham i czekam, aż coś ustalą, chociaż może to trochę potrwać, bo dziecko ma jakieś dwa lata i na każdą propozycję odpowiada – gugugu. Mamy to, stanęło na kotleciku z ziemniaczkami, bo… musiś jeść mięsko, mięsko jest zdrowe i wyrośnieś na duziego chłopca. Mam pewne wątpliwości, ale nieważne. Oddalam się od stolika, a dziecko wychodzi z krzesełka. Rozpoczyna się jego wędrówka pomiędzy stolikami, a to pogrzebie komuś w torebce, a to szarpnie za rękaw. Następnie podchodzi do jednego ze stolików i kradnie bezczelnie koszyczek z pieczywem, matka patrzy na to rozanielona. Sprytnie, dziś ukradnie chleb, a w przyszłości dwie zgrzewki wody, biżuterię, kosiarkę albo choinkę. Klienci patrzą na mnie porozumiewawczo, zapewne chodzi im o to, żebym coś zrobiła, ale jak mam poważnie rozmawiać z kobietą, która przez 90% swoich wypowiedzi sepleni i robi głupie miny? No nic, próbuję. Mówię matce, żeby wzięła swoje dziecko, bo przeszkadza innym gościom w jedzeniu, na co słyszę to taki mój mały Kolumbik odkrywca, on jest taki odważny, w ogóle się ludzi nie boi, uwielbia zwiedzać nowe miejsca, prawda pynulku lubiś nie, no wiem, że lubiś. Moja rola w tym momencie się kończyła, mogłam jedynie podać kotlecika, unikać spojrzeń innych gości, zdjąć opluty obrus i modlić się, żeby taka sytuacja nie powtarzała się zbyt często.

GOŚĆ AWANTURUJĄCY SIĘ – chyba nie muszę rozpisywać się na temat tego rodzaju klientów. Sprawa wygląda niezwykle prosto. Dostajesz opierdziel, za wszystko. Za to, że brzydkie menu, że za późno lub zbyt wcześnie podeszłam do stolika, że małe porcje, że drogo, że jakiś żylasty kawałek akurat mu się dostał, że ten sos nie pasuje, że kawa to lura, że krzesła niewygodne, że nie ma klimatyzacji, że widok z okna beznadziejny, że muchy latają, że obrus niewyprasowany. Mam wymieniać dalej? Pod koniec przepraszam go za wszystko za to, że żyję, że on żyje, że Ziemia krąży wokół Słońca, za wszystko normalnie, takie poczucie winy ten typ klienta potrafi wzbudzić. Koszmar, nie polecam, bo choćbym stanęła na głowie, to i tak byłoby źle.

ALFONS – tego rodzaju typków, to ja bardzo nie lubiłam, oj bardzo. Zazwyczaj jest to jakiś prezesik firmy lub adwokacik od siedmiu boleści, który poczuł trochę władzy i mu odbiło. Najczęściej przychodzi do restauracji z kumplem, przed którym chce się popisać. Siada, rozpina marynarkę i rozpoczyna swój popis bucostwa. Woła mnie gwizdnięciem, po czym mówi co tam laleczko dzisiaj polecasz? i lustruje wzrokiem wzdłuż i w poprzek. Idę o zakład, że gdyby to nie była restauracja, klepnąłby mnie w tyłek. Wymieniam dania, które polecam, a on dziwnie uśmiecha się do kumpla, cały czerwony na twarzy jakby miał zaraz wybuchnąć. Zamawiają, odchodzę i słyszę docinki w stylu niezła dupcia, dobrze, że zmienili personel, bo poprzednia to jakaś maszkara, tamta w rogu też jest niezła, Ty to masz nosa do dobrych miejsc. Gdy przynoszę przystawkę, zaczynają się żenujące pytania a ile Ty masz lat co, nie nudzi Ci się ta praca, może chciałabyś robić coś innego (kumpel już rży jak koń), a jak Ci na imię, no pięknie pasuje do Ciebie to imię, a masz chłopaka, taka ładna to na pewno ma chłopaka (kumpel krztusi się śledziem, a ja nie wiem, czy mu pomóc, czy najpierw wytrzaskać tego typa po ryju). Odchodzę i wiem, że przede mną jeszcze danie główne i deser oraz szklaneczka mocniejszego trunku. Wchodzę na wyższy level opanowania i powtarzam sobie, że przecież nie mogę zniżyć się do ich poziomu. Wszystkich rzeczy, które się nasłuchałam, nie przytoczę, bo to jednak są czyiś mężowie i ojcowie, ale wkurza mnie takie wykorzystywanie swojej przewagi zawodowej lub płci. Ja nie chodzę do restauracji i nie mówię do kelnera „cukiereczku przenieś mi przyszniutką kawkę, wiesz, taką jak lubię i wracając zakręć dla mnie tyłeczkiem”. No kurczę…

Kocham makarony, Wiedźmina i seriale Netflix’a. Nie znoszę horrorów, czekolady i ludzi bez poczucia humoru. Jak na prawdziwą kikimorę przystało nieźle namieszam Ci w życiu.

6 komentarzy

  1. dobre! najlepszy fragment o Matuli – rodzice z dziećmi to przekleństwo każdej restauracji, zwłaszcza z perspektywy innych gości 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.