Poprawna może być polszczyzna, ale nie ja

Od dziecka byłam poprawna. Przykładna uczennica, wręcz nadgorliwa w zdobywaniu wiedzy. Świadectwa z paskiem leciały, jak butelki z piwem na taśmach produkcyjnych, a nagrody za dodatkowe osiągnięcia, nie mieściły się na moich półkach. Świat szkolnego prestiżu też nie był mi obcy. Przewodnicząca szkoły, przewodnicząca klasy, skarbnik, działaczka charytatywna z powołania.

Te dziwne upodobania nie przeszły mi, nawet gdy weszłam w okres dorastania. Gdy rówieśnicy jarali szlugi za szkołą, ja organizowałam różne happeningi na szkolnych korytarzach – dzień herbatek ziołowych, dzień misia, dzień cebularza (pochodzę z Lubelszczyzny, cebularze są dla nas bardzo ważne i zasługują, żeby mieć swój dzień), dzień pączka (nie będę się dalej kompromitować i poprzestanę na tych już i tak dość drastycznych przykładach). Gdy rówieśnicy zalewali się do upadłego na wieczornych imprezach, ja w domu z herbatką czytałam lektury. Gdy rówieśnicy uciekali na wagary, ja przygotowywałam się z polonistką na kolejny konkurs recytatorski. W tym miejscu warto zaznaczyć, że nie byłam klasyczną kujonką. Nie siedziałam po nocach, żeby nauczyć się na sprawdzian, bo wiedza przychodziła mi zaskakująco łatwo. Po prostu byłam nadaktywna w różnych dziedzinach.

Te dziwne upodobania nie przeszły mi, nawet gdy wyjechałam na studia. Obecność na wszystkich wykładach, śliczne notatki, o które zabijali się moi koledzy przed każdą sesją, uczestnictwo w konferencjach i kołach naukowych to u mnie norma. Zawsze przygotowana. Czasami w moje życie wkradała się odrobina szaleństwa, nie myślcie sobie. A to poszłam na imprezę, gdzie tańczyłam do piątej nad ranem. A to oglądałam z koleżankami Magdę M, zamiast uczyć się do egzaminu (wiem hardcore). Generalnie jednak studia upłynęły mi dość grzecznie i tym sposobem ukończyłam Uniwersytet Jagielloński z magistrem na piątkę.

Te dziwne upodobania nie przeszły mi, nawet gdy skończyłam studia. Jak na poukładaną i porządną kobietę tuż po studiach, postanowiłam się zakochać i wyjść za mąż, jak Bóg przykazał. Stało się to dwudziestej szóstej wiosny mojego życia, z miłości nie z rozsądku. Po studiach postanowiłam się dalej kształcić, gdyż po osiemnastu latach nauki, czułam niedosyt, jak po zjedzeniu jednego kawałka sernika. Poszłam na kurs (czteroletni!), który miał mnie nauczyć pomagać ludziom w depresji (to tak w dużym uproszczeniu). W każdym razie udało mi się połączyć w ten sposób dwie moje wielkie pasje – naukę i pomaganie.

Oczywiście w sferze córkowo-siostrzanej, też szło mi bardzo dobrze. Mama nie miała ze mną większych problemów, a siostra wiedziała, że zawsze może na mnie liczyć. To wszystko brzmi zbyt cukierkowo, żeby mogło być prawdą, ale (nie)stety tak było. Kryzys mojej poprawności przyszedł po kilku latach małżeństwa, w czasie kiedy bocian już powinien sobie wić gniazdko nad naszym domem. Doszło do mnie i do mojego męża, że nie chcemy mieć dzieci. Rodzina przyjęła to bez większych problemów, choć pewnie niesmak pozostał. Nie będę miała dzieci i jest to bardziej pewne, niż to, że za pięćdziesiąt lat nie będzie na świecie kawy. Wraz z tą decyzją poczułam ogromną ulgę, bo zrozumiałam, że nic nie muszę.

Drugim kryzysem mojej poprawności były tatuaże. Zawsze chciałam mieć, ale nigdy nie miałam odwagi. Teraz mam kilka i nie zamierzam na nich poprzestać. Zdarza się, że gdy idę do banku lub na pocztę, pani z okienka patrzy na mnie z wyrazem twarzy typu „siedziało się”, ale lata mi to koło tyłka. Moje ciało i moja sprawa. Może najdzie mnie jakaś głębsza nad tym refleksja, gdy przyjedzie mi do głowy wytatuowanie sobie znaczka McDonald’s na czole, ale póki co, o tym nie myślę, ani o tym, jak będę wyglądała na starość. Najpierw to chcę żywa do śmierci dożyć, a później się zobaczy.

Trzecim i jak na razie ostatnim kryzysem mojej poprawności jest moja praca. Zawsze lubiłam pomagać i zupełnie bezrefleksyjnie wybrałam taki zawód. Może przez to, że żadna pani w przedszkolu nie zapytała się mnie a Ty, kim chcesz zostać, jak będziesz duża? A duża zrobiłam się bardzo szybko i nie zdążyłam sobie zadać tego najważniejszego pytania. Dopiero teraz, po trzydziestu dwóch latach swego żywota, usiadłam, pomyślałam i zapłakałam. Marzenia zawsze mają trudniej w tej nierównej walce z rozsądkiem. Ale jak nie teraz to kiedy? Więc w tej kwestii też nadchodzą zmiany.

Pewnie niektórzy powiedzą mi, że nie ma co się tak jarać, jak neon na burdelu, po prostu przeżywam młodzieńczy bunt, tylko piętnaście lat później. Ja na to powiem – biere! Może być i młodzieńczy bunt, byleby się coś działo. Czy to wszystko wyjdzie mi na dobre? Nie wiem. Wiem tylko jedno, przez trzydzieści lat byłam bardzo poprawna, więc przyszedł czas na trzydzieści lat szaleństwa!

Kocham makarony, Wiedźmina i seriale Netflix’a. Nie znoszę horrorów, czekolady i ludzi bez poczucia humoru. Jak na prawdziwą kikimorę przystało nieźle namieszam Ci w życiu.

8 komentarzy

  1. świetny tekst! brawo za odwagę! czasami trzeba po prostu odpuścić sobie w życiu, a nie żyć dla innych albo dla własnej chorej ambicji. Życzę Ci jeszcze nawet 70 lat szaleństwa. A tak na marginesie – muszę doczytać o tej kawie, bo to przerażająca wizja 😉

  2. Trochę zazdroszczę tych osiągnięć i poprawności. Ja zawsze byłam z boku, niepopularna ani w klasie, ani na studiach, bez najmniejszych zdolności organizacyjnych, bez czerwonych pasków i nagród.

      1. A bo ja wiem? Nagrody za dodatkowe osiągnięcia to już coś. Brak nagród i osiągnięć sprawia tylko, że ciągle masz kompleksy, że inni są lepsi. Ja przez szkołę przeszłam na dwójach i finalnie trochę się tego wstydzę. I chyba najbardziej mam żal, że nikt ode mnie takiej poprawności nie wymagał, bo tej trochę w życiu trudniej.

        1. Pewnie masz dużo racji, chyba działa tu zasada, że zawsze chcemy tego czego nie mamy. Ja mam poczucie, że te wszystkie lata przeszły mi koło nosa i nic nie jest w stanie tego zrekompensować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.