Mów mi pączuś

Czy można sobie wybrać lepszy czas na post o diecie niż Tłusty Czwartek? Nie, nie można, dlatego to właśnie dziś chciałam opowiedzieć Wam mrożącą krew w żyłach historię mojej nadwagi. Odłóżcie pączki, bo będzie grubo.

Chciałabym o sobie powiedzieć grubokoścista z pokolenia na pokolenie. Wtedy miałabym z głowy diety, bo przecież z genami nie wygrasz. Jednak nie. Moja babcia jest chuda jak kołek, moja mama ma świetną sylwetkę, tylko ja – niepasujące ogniwo rodzinnej ewolucji – poszłam w masę, a nie rzeźbę. Oczywiście nie zawsze tak było. Jako dziecko, wyglądałam spoko. Bardziej byłam niejadkiem niż jadkiem. W gimnazjum i liceum ważyłam 50 kg, mimo iż jadłam jak chłop. Drożdżówka na śniadanie, dwie kanapki do szkoły. W szkole dwudaniowy obiad na stołówce plus jakiś cebularz musiał wlecieć. W domu obiad na legalu i kolacja. Serio! I nic, ani kilograma więcej.

Najmroczniejszy czas dla mojej figury zaczął się na studiach. Oj wtedy się działo. Wiecie, pochodzę z małej miejscowości i McDonald’s miałam tylko przy okazji wycieczek. Na studiach miałam go po drodze na uczelnię! Żal nie zajść. Do tego imprezy z chipsami. Imprezy z kebabem. Imprezy z pizzą. Imprezy z zupkami chińskimi też były, najczęściej pod koniec miesiąca. Takie gastronomiczne multikulti. A dupa rosła. I to w tak zastraszającym tempie, że przestałam się mieścić w swoje ciuchy. Oczywiście temat zbagatelizowałam, bo po pierwsze, wszyscy tyli, a po drugie, była okazja do kupienia nowych ciuchów. Przytyłam prawie 20 kg! Ciąża przy tym to pikuś. Po ciąży, przynajmniej masz dziecko, a co mi po grubym tyłku?

Nastała era opamiętania. Ale w drugą stronę. Coś mi odbiło i schudłam 30 kg! Wyglądałam jak balonik na druciku. Koszmar. Jadłam tyle, co kot napłakał. Ubierałam się w ZARA KIDS i myślałam, że wygrałam życie. Gówno nie życie. Bardzo szybko nabawiłam się różnych chorób, spadła mi odporność. Oczywiście tylko ja myślałam, że świetnie wyglądam, inni nie byli tego zdania. Jak łatwo się domyślić, gdy tylko zaczęłam więcej jeść, dopadło mnie jojo ( i nie mam tu na myśli odpustowej zabawki z przykościelnych straganów). Strzałka wagi poszybowała w górę, jak młode pisklę uczące się latać. Ze skrajności w skrajność.

Po studiach, gdy jako tako udało mi się poskromić moją masę, spotkałam swojego przyszłego męża, oczywiście jeszcze wtedy o tym nie wiedziałam. Jak to na pierwszych rankach bywa, udawałam, że jem jak ptaszek, a przez życie lecę na sałatkach i waflach ryżowych. Gdy ze sobą zamieszkaliśmy, musiałam odrzeć go z tych złudzeń, przecież nie będę jadła w kiblu. Szybko się okazało, że oprócz absurdalnego humoru, łączy nas miłość do jedzenia. Parter marzenie. I tak łaziliśmy sobie po knajpach, zamawialiśmy pizzę do domu, jedliśmy chipsy do filmu. Jednym słowem romantiko. Zarówno ja, jak i mój partner niebezpiecznie zaczęliśmy się zbliżać do wagi ciężkiej, więc szybko zaczęłam dyskusje o zaręczynach, bo jak wiadomo, pierścionek na palcu = ptaszek w klatce. Udało się. Mimo znacznie szerszych gabarytów niż na początku znajomości, mój partner mi się oświadczył. W zasadzie to on nawet lubił, jak jem, bo twierdził, że wtedy ma mniejsze wyrzuty sumienia. Nie powiem, że nie przeraziło mnie to lekko, bo przed oczami miałam obraz z tego dokumentu o gościach, którzy tuczyli swoje żony, podłączając im rurki do gardła i sącząc wprost do ich żołądków płynny tłuszcz. Bacznie obserwowałam męża, ile kostek masła kupuje. Na szczęście mroczna wizja się nie spełniła.

Gdy niebezpiecznie zaczęła się zbliżać data ślubu, nasza waga niebezpiecznie zaczęła spadać. Nie dlatego, że jakoś się specjalnie przygotowywaliśmy, do tej wspaniałej, wzniosłej uroczystości. Mam wrażenie, że jeszcze nigdy nie zjadałam tylu pizz, co wtedy. A to dlatego, że ciągle coś w biegu załatwialiśmy i jedzenie na mieście stało się normą. W rezultacie suknia ślubna musiała być zwężona o 20 cm. Ale nie martwcie się. Jedenaście dni w Paryżu załatwiło sprawę i znów mogliśmy jak dwa zakochane baleronki iść przez życie. Przez ten cały czas zgromadziłam w szafie ubrania od rozmiaru 36 do 42. Przez kilka pierwszych lat małżeństwa było różnie. Raczej grubiej niż chudziej. Nie oszczędzaliśmy się w jedzeniu, nie braliśmy jeńców.

Jedna myśl, nie dawała mi spokoju. Jeśli wpierdzielałam pizze o 22, to wiedziałam, że sama byłam sobie winna, więc waga nie powinna mnie dziwić. Ale jeśli nachodziły mnie zrywy odchudzania i cisnęłam z Chodakowską skalpel, a na kolację jadłam jarmuż z jarmużem, a waga drgała o milimetr, to wydawało mi się to bardzo nie fair. Sprawa rozwiązała się przy badaniu krwi. Tarczyca. Wszystko stało się jasne. Dlatego moja waga skakała, jak chciała, w zasadzie mając gdzieś czy ćwiczę i co jem. Oczywiście pragnę tu rozwiać wszelkie wątpliwości i pozwolę sobie zrobić wstawkę edukacyjno-naukową. To nie jest tak, że przy niedoczynności tarczycy ma się nadwagę. Nadwaga nie bierze się z niczego, a np. z pączków, ciastek, makaronów, pizzy itp. Chora tarczyca sprawia jedynie, że trudniej nam utrzymać ładną sylwetkę. Osoba, która się zdrowo odżywia i zachoruje, nie przytyje nagle 50 kg. Raczej chodzi tu o to, że inni zjedzą burgera, zaleją to colą i nic, a tarczycowcy (przyjmijmy taką nazwę na potrzeby tego wywodu), gdy pozwolą sobie na łakocie, odczują to, stając na wadze. Koniec wymądrzania.

Wraz z diagnozą przyszedł czas opamiętania. Jak się też okazało, mąż nie ma zapędów tuczących partnerki, wręcz przeciwnie. Znalazł motywację, żeby przy okazji (mnie) zacząć się lepiej odżywiać. I tak już od roku jesteśmy na diecie. Nie jest to dieta cud, a klasyka gatunku, zero słodyczy, prawie zero alkoholu, minimalna ilość glutenu, prawie zero mięsa, całkiem sporo warzyw. Nie jest nam źle, a waga powoli idzie w dół.

I tak z perspektywy czasu widzę, że zdrowa dieta, to nie tylko lepszy wygląd, ale przede wszystkim lepsze samopoczucie, waga jest tu skutkiem ubocznym.

Kocham makarony, Wiedźmina i seriale Netflix’a. Nie znoszę horrorów, czekolady i ludzi bez poczucia humoru. Jak na prawdziwą kikimorę przystało nieźle namieszam Ci w życiu.

4 komentarze

  1. Ja akurat mam szczęście. Rzeczy sprzed 10 lat na mnie nadal pasują. Niezależnie od diety moja waga praktycznie się nie rusza, zatrzymując się trochę poniżej 50kg.
    Nikt nie wie, jak to się dzieje – mam niedoczynność tarczycy, kiedyś odżywiałam się bardzo niezdrowo. I nic, nie tyłam ani trochę.

  2. zgadzam się! może z tarczycą, czy innymi schorzeniami jest trudniej, ale jeśli dbamy o siebie to zawsze będziemy w formie! trzymaj się! pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *