Dlaczego nie zostałam Czarodziejką z Księżyca?

Kiedy byłam małą dziewczynką, chciałam być aktorką. Już wtedy racjonalnie oceniałam swoje umiejętności wokalne i zawód piosenkarki oddałam koleżankom. Później okazało się, że niczego więcej nie pragnę, jak być jedną z Czarodziejek z Księżyca. Biegałam z koleżankami po szkolnym boisku i ogrywałyśmy swoje role najlepiej, jak potrafiłyśmy. W międzyczasie wkradła się chęć bycia Anią z Zielonego Wzgórza, ale gdy uświadomiłam sobie, że Justyna z Mojsławic nie brzmi tak dobrze, musiałam porzucić swoje marzenia.

W gimnazjum zrozumiałam, że bycie jedną z Czarodziejek z Księżyca to nie zawód i wyżyć się z tego nie da, więc podeszłam do sprawy niezwykle pragmatycznie i postanowiłam, że będę lekarzem. Co prawda prawie mdlałam na widok krwi, ale przecież mogłabym być jakimś uszologiem, czy też oczologiem i po sprawie. Kiedy jednak okazało się, że aby zostać uszologiem muszę na maturze zdawać biologię, chemię i fizykę mój zapał ostygł tak szybko, jak się wzniecił. A czasu zostało mało. Musiałam szybko podjąć decyzję, bo przecież jedną z ważniejszych decyzji w życiu młodego człowieka nie jest to, czym szybko usunąć pryszcze, ani czy Darek z 3a poprosi nas do wolnego tańca na dyskotece, tylko wybór profilu liceum.

Poszłam więc na całość i wybrałam profil ogólny. Jakże się myliłam, myśląc, że wybór profilu liceum to wszystko. Jeszcze dobrze nie zagrzałam licealnej ławy, a już musiałam śpiewająco wymienić przedmioty zdawane na maturze, które miały okazać się przepustką do dorosłego świata. Zestresowana chlapnęłam MATEMATYKA! I tak już zostało, bo wiecie, pierwsze słowo do dziennika, czy jakoś tak. Ja i garstka innych śmiałków zdaliśmy maturę z matematyki w czasach, kiedy nie była jeszcze obowiązkowa. Jest szansa, że będą o nas pisać w podręcznikach do historii. I pewnie zapytacie się, po co ci ta matma? Jakieś studia ekonomiczne, coś z zarządzaniem? Nie. Pedagogika. Tak się kończy, gdy ludzie, którzy przeżywają burze hormonów, którzy walczą każdego dnia, żeby im głowy nie spuścili w kiblu lub żeby nauczyciele nie odkryli, że palą za szkołą, podejmują decyzje o swojej przyszłości. Miesiące wkuwania matmy, żeby pójść na humanistyczny kierunek. Brawo!

I jak już człowiek z mozołem, przejdzie przez te wszystkie etapy WAŻNYCH decyzji i skończy studia, dochodzi do wniosku, że może przyrodoznawstwo i filozofia przyrody, nie było najlepszym wyborem i chyba trzeba rozglądać się za pracą. Jakąkolwiek. Bo generalne jest tak, że albo mamy szczęście i wybraliśmy coś, po czym da się znaleźć pracę, albo postanowiliśmy spędzić pięknych pięć lat na nauce o papugach, bo nas to przecież kręci i po studiach bierzemy co dają, często poniżej naszej naszych możliwości. Sama myślałam, że zostanę panią pedagog i problem się rozwiąże. Jakie było moje zdziwienie, gdy poszłam do pierwszej szkoły złożyć CV, a pani dyrektor powiedziała mi, że muszą zwolnić polonistę, więc chyba sama rozumiem, że pedagog jest ostatnią rzeczą, jakiej im teraz trzeba. Brutalna rzeczywistość spoliczkowała mnie szybciej, niż myślałam.

Ale nie tylko ja byłam taka naiwna. Wiele osób nie potrafi wykorzystać swojego potencjału i idzie po linii najmniejszego oporu. Moja koleżanka skończyła prawo i szybko otworzyła swoją kancelarię w samym centrum miasta. Kupiła skórzane meble, bo wiadomo, wyglądają bardziej profesjonalnie. Zrobiła wypasione wizytówki. Nakupiła sobie kilka garsonek. I tak siedziała w tym biurze kilka miesięcy, bez jednego klienta, aż w końcu postanowiła zamknąć biuro i zajęła się czym innym. Zamiast zastanowić się po studiach, co może robić w ramach swojego wykształcenia, wybrała najmniej korzystną dla siebie oczywistość. I oczywiście może być tak, że komuś innemu to się mogło udać, ale to nie znaczy, że nam również.

Za moich czasów mało osób rezygnowało ze studiów lub zmieniało kierunek. Teraz moja siostra ma 23 lata i wśród jej rówieśników to norma, żeby na przykład po dwóch latach studiów zmienić kierunek na coś zupełnie innego lub na ostatnim roku porzucić studia i nie robić magistra. To wymaga dużej odwagi i nie zawsze wychodzi na dobre, ale chyba pozwala ludziom zobaczyć, co tak naprawdę chcą robić. Wiele osób udowadnia, że nie trzeba kierunkowego wykształcenia, aby mieć pracę, która jest dla nas satysfakcjonująca. Może w końcu zaczną się liczyć nasze umiejętności, a nie papierek zdobyty kilka lat temu.

Nasi dziadkowie nie mieli takich dylematów. Często zdobywali jakiś zawód lub przejmowali fach po ojcu i tkwili w swojej pracy przez całe życie. Jak wynika z badań mądrych amerykańskich naukowców, obecni studenci będą zmieniać swoją pracę czternaście razy. Kończy się era brania tego, co jest, zaczyna się okres walczenia o to, co dla nas najlepsze. Albo tylko mi się tak wydaje…

 

Fot. flanelacomicbook

Kocham makarony, Wiedźmina i seriale Netflix’a. Nie znoszę horrorów, czekolady i ludzi bez poczucia humoru. Jak na prawdziwą kikimorę przystało nieźle namieszam Ci w życiu.

4 komentarze

  1. Ja np. będąc od zawsze humanistką i wręcz mając wstrtęt do przedmiotów ścisłych zostałam inżynierem…… ot taka abstrakcja ☺

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.