5 typowo ludzkich cech – sąsiedzi

Każdy chyba zna historię Kargula i Pawlaka i wie, że relacje z sąsiadami mogą być trudne. Bo sąsiad podobnie jak teściowa to stan umysłu. Za chwilę przeczytacie pięć mrożących krew w żyłach opowieści z mojego osiedla. To wszystko wydarzyło się naprawdę.

1. Wrażliwy na dźwięki

Żeby było jasne wiem czym jest cisza nocna, a studia skończyłam osiem lat temu, więc nie mam potrzeby prowokować sąsiadów do wzywania policji, znam lepsze atrakcje. Zdarzy mi się jednak od czasu do czasu puścić głośniej muzykę, żeby rozruszać stare kości i z nostalgią wspomnieć młode czasy. Głośniej to znaczy lekko głośniej, a nie jak na koncercie i NIGDY PO 22.00. Moi rozsądni sąsiedzi nie są w stanie tego zrozumieć i gdy tylko ich próg wytrzymałości decybelowej zostanie przekroczony, zaczynają wysyłać do mnie różne znaki. Tak znaki. A to stukną stópką o podłogę, a to wyjdą na balkon, żeby to niby do mnie, niby do całego świata powiedzieć „wiesz co Teresa, niektórzy w tym bloku mają chyba zbyt słaby słuch, skoro muszą tak głośno słuchać muzyki”. Swoją drogą chyba wspomniana Teresa też ma słaby słuch, skoro jej partner musi się tak do niej wydzierać. Sygnały tak zwane stukane też nie są jasne. Ja nie wiem, czy jak coś tłucze się na górze, to znak żebym ściszyła, czy może mieszka nade mną gość ćwiczący wrestling. Wydaje mi się, że groźna nie jestem więc można spokojnie zejść, zadzwonić dzwonkiem, powiedzieć, o co chodzi i mieć pewność, że się zrozumiemy, a nie rzucając się na podłogę, wystukiwać alfabet morsa.

2. Gówniany detektyw

Co prawda wiedziałam, że jest ktoś taki jak Ace Ventura: Psi detektyw, ale nie sądziłam, że jest też Mietek Nowak: Gówniany Detektyw. Taki to ma życie. Wstaje rano, parzy sobie kawę i rozkłada swoje centrum dowodzenia. Lornetka, pistolet na wodę, mikroskop, woreczki na odchody, notatnik, aparat. Jest taki jeden u nas na osiedlu, nikt go nigdy nie widział, nikt nie wie kim jest, ale swoją robotę wykonuje najlepiej jak potrafi. Zza firan w swoim oknie widzi cały nasz osiedlowy deptaczek, w tym też ludzi spacerujących z pieskami. Żadna psia kupa mu nie umknie. W notatniku skrupulatnie zapisuje, kto i kiedy zabrał kupę po swoim psie. Gdy jednak zdarzy się tak, że ktoś tego nie zrobi, wpada w furię. Siada do komputera i na wspólnotowym forum (oczywiście anonimowo) pisze, że właśnie popełniono przestępstwo. Pan z pierwszej klatki, ten w zielonej kurtce (tak tak, widziałem cię ty łotrze) nie zabrał przed chwilą kupy swojego psa. Uprasza się więc, o jak najszybsze naprawienie tego błędu. Ludzie mu wtórują wykrzykując „zabierz te kupy, ty cwaniaku”, „co myślałeś, że nikt nie zauważy?”, „natrzeć go tymi kupami!”. I mimo iż niesprzątanie po swoim psie jest bardzo złe i sama to potępiam, to chyba lepiej jest widząc taką sytuację, wyjść i zwrócić uwagę, niż wywoływać zbędną gówno burzę na forum. Ale może ja się nie znam. Boję się tylko, że jak psie kupy się skończą, to koleś zacznie śledzić ludzi i ich wypróżnianie, a to już może być niebezpieczne.

3. Przedstawiciel sąsiedzkiej sekty

Zamknięte, monitorowane osiedla zawsze przyprawiały mnie o dreszcze. Wyobrażałam sobie sceny jak z horroru, że na przykład, nagle zacinają się wszystkie zamki w drzwiach i nikt z mieszkańców nie może się wydostać. Okazuje się, że za tym wszystkim stoją ci, co ten obiekt chronili. Zbierają się więc o 3.00 nocy przed takim zamkniętym blokiem i zaczyna się prawdziwa rzeź. Gdy dorosłam, musiałam szybko swoje przekonania zweryfikować, bo nadarzyła się świetna okazja, aby takie mieszkanie zakupić. Szybko okazało się, że miałam dobre przeczucia. Co prawda, nie dzieje nam się tu nic złego, zamki działają, a obiekt monitoruje firma zatrudniająca zwykłych ludzi, którzy nocami nie przemieniają się w zombie. Jest jednak pewna rzecz, która lekko mnie przeraża. Są to spotkania integracyjne. Niby nic, niby fajnie poznać sąsiadów, ale sposób w jaki się to odbywa jest, delikatnie mówiąc, dziwny. Służę przykładem. Jesień. Mieszkamy przy parku. Liście ładnie się złocą, idealna sceneria do takiego integracyjnego spotkania. Widzę ogłoszenie na klatce schodowej, że w najbliższy weekend odbędzie się spotkanie Wspólnoty (już sama nazwa brzmi sekciarsko). Ogłoszenie zaczyna się od ZAPRASZAMY NA GRILLLLLA (pisownia oryginalna). Do tego momentu wszystko spoko. Później zaczyna się robić niebezpiecznie. CO MASZ WZIĄĆ ZE SOBĄ – WEŹ RODZINĘ, WEŹ PSA I KOTA, WEŹ FLASZKĘ PIWA, WEŹ PLASTEREK SZYNKI, KIEŁBASKĘ, PAPRYCZKĘ, WEŹ DZIECKO NAWET JEŚLI NIE JEST TWOJE (na imprezie u Polańskiego też była taka informacja i wszyscy wiemy, jak to się skończyło). Dalej czytamy: KAŻDY BIERZE KĘS DLA SIEBIE I SAM SE SMAŻY NA GRILU (ta informacja stanowi zabezpieczenie przed studentami, co to mogą wbić na pałę i wyjeść ludziom prowiant). Ale najlepsze dopiero przed Wami. Atrakcje, które są przewidziane to BALONIKI, LAJKONIKI, PIFFF CO, BAŃKI MYDLANE, PODSKOKI DO GÓRY, TURLANIE W TRAWIE, ŚPIEWY I PRZYTUPY orazZZ WSPÓLNOTOWY TANIEC ZA RĘCE W KÓŁECZKU ® (pisownia oryginalna). Podskoki do góry jeszcze bym zniosła, ale wspólnotowy taniec w kółeczku ostatecznie przesądził, że nie wezmę udziału w tej osobliwej imprezie. Nie wiem, czy całość zabawy zakończyła się paleniem laleczek voodoo w GRILLLLLU, ale wolałam nie sprawdzać.

4. Miłośnik podlewania

Czy Wam też się tak wydaje, że wraz z końcem balkonu kończy się Wasz wszechświat i byty, które żyją pod lub nad Wami Was nie interesują? Takie właśnie przeświadczenie ma moja sąsiadka z góry. Tak, ta sama, która od miesięcy wystukuje ciałem jakieś tajne wiadomości do mnie. W każdym razie, ta sąsiadka wyraźnie zapomina, że ja na dole mieszkam, że mam swoje życie, dwa koty, pranie i umyty balkon. I ona swoimi działaniami niszczy mi to wszystko w parę sekund. Otóż za cel swojego życia przyjęła posiadanie kwiatów, koniecznie bez spodków. Ustawia je sobie na barierce balkonu i żeby nie było żadnych wątpliwości, że o nie nie dba, podlewa je obficie wodą dwa razy dziennie. Na tyle obficie, że gdyby mieszkała na czwartym pietrze i każdy z mieszkańców poniżej miałby kwiaty na barierce to podlałaby je wszystkie, co do jednego. Pani niby drobnej postury, a chlust ma taki, że pranie, które stoi u mnie na balkonie jest całe zalane. Pół biedy gdyby to była czysta woda, ale nie, przecież nie ma podstawek, więc ta cudowna mieszanina wody i ziemi ląduje na moich białych gaciach. Poza tym, że nie wygląda to dobrze, to przecież muszę to wszystko ponownie uprać. Mieszaniną wodno-ziemną zalewa też moje koty, a także mnie, gdy siedzę na ławce. Gdyby tych tortur było mało, pani sąsiadka albo ma jakąś kamerę, albo wyjątkowo dobrą intuicję, bo gdy tylko skończę zamiatać i myć mój balkon, ona zabiera się za swój. Tak jak w przypadku braku spodków do doniczek, ceni sobie brak szufelki i to, co zamiecie wymiata za balkon, co za pomocą lekkiego podmuchu wiatru idealnie rozpościera się na moim balkonie. Czy byłam jej o tym powiedzieć? Oczywiście i to nie raz. Czy przestała to robić? A jak myślicie?

5. Majonezowy stróż parkingu

Szybka ankieta. Sąsiad zaparkował na Twoim miejscu co robisz? A – idziesz do niego i prosisz żeby tego nie robił. B – olewasz sprawę i parkujesz obok. C – stawiasz na masce jego samochodu wielkie wiadro majonezu. Prawidłowa odpowiedź to oczywiście C. Jak to mówią historia na faktach autentycznych. Twórcy naszego osiedla to szczwane lisy. Zbudowali bardzo drogie garaże oraz płatne, kryte miejsca postojowe. W takiej ilości, aby wystarczyło dla każdego. Przed blokiem zaś, dodali kilka bezpłatnych miejsc, aby mogli na nich parkować goście, kurierzy, pogotowie. Chyba nie muszę pisać, że garaż podziemny świeci pustkami, a parking przed blokiem przeżywa prawdziwe oblężenie. Jak to w każdej zamkniętej grupie bywa, także i tu szybko wyłonili się liderzy, którzy zaczęli tymi miejscami rządzić. Grypsujący mieszkańcy, za paczkę fajek oddawali najlepsze miejsca parkingowe. Pozostali musieli walczyć. Gdy ktoś niegrypsujący postanowił zaparkować na nieswoim miejscu, spotykał go publiczny lincz. Najpierw niewinnie zdjęcie samochodu pojawiało się na wspólnotowym mailu z adnotacją, że ten pan notorycznie parkuje tam gdzie nie wolno. Nie wolno bo to miejsce dla karetek, co oczywiście było wierutną bzdurą, bo notorycznie ktoś tam parkował. Jak to nie pomagało przychodziły kolejne kary. Jedną z najostrzejszych było postawienie wielkiego wiaderka majonezu na masce delikwenta. Po czymś takim trudno było się otrząsnąć. Delikwent miał za swoje i już nigdy tam nie parkował.

Możecie się śmiać ale ja tu żyję!

Ciekawa jestem, czy Wy mieliście jakieś spotkania trzeciego stopnia z sąsiadami? Piszcie, chętnie poczytam.

Kocham makarony, Wiedźmina i seriale Netflix’a. Nie znoszę horrorów, czekolady i ludzi bez poczucia humoru. Jak na prawdziwą kikimorę przystało nieźle namieszam Ci w życiu.

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.